sobota, 8 listopada 2014

Upomnienie......

Właśnie dziś na poczcie znalazłam upomnienie/pytanie: Czy blog zawieszony?
Nie mam teraz głowy do pisania bloga. Ilość pracy zawodowej, do tego problemy osobiste, zawirowania w życiu. Po prostu nie chcę dzielić się z tym z czytelnikami, bo blog ma być z natury pozytywny i optymistyczny. Z tych optymistycznych rzeczy to to, ze odnalazł mnie, ktoś z kim pokłóciłam się 27 lat temu. Już sądziłam, że znajomość zakończona, a tu jednak... I wyjaśnienia, wyjaśnienia. Miłe to.
A jako zadośc uczynienie pokazuję kilka zdjeć które powstały w niedalekiej przeszłości.

 

 droga do Zakopanego - jeszcze niezakorkowana zakopianka

 Doliny o poranku - widok z Toporowej Cyhrli

 A to widok z okna...



zdjęcie spod Krokwi
 

A to gdy szłam w stronę Krupówek
 
Autorka bloga


 Panorama Tatr z ośnieżonymi szczytami

 Wschód słońca i oświetlony szczyt



I Giewont - zawsze ten sam

W Zakopanem byłam z młodymi gniewnymi. Wrażenia cudne, ale opisze je później, teraz nie mam do tego głowy ani pomysłu. Witam czytelników, wybaczcie, ze moja wena nagle zanikła, ale to silniejsze ode mnie. Z pozdrowieniami.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Pierwsze koty za płoty

Jestem po pierwszej konferencji. Mało nas do pieczenia tego chleba, ale postaramy się upiec go jak najlepiej. Podobnie panowie, którzy ocieplają nasz dom - już zbliżają się do końca pracy. Już się niecierpliwie, bo kwiaty posadzone z wiklinowych pojemnikach czekają na postawienie na parapecie.
Zauważyłam na mapie wizytujących flagę Malty....Serdecznie witam w gronie czytelników, mam nadzieje, że nie zanudzam zapiskami.
Moja Kopia stwierdziła dziś, ze jednak będzie pracowała w ciągu roku szkolnego. Może nie cały weekend, ale piątki, soboty. To chyba magia posiadania własnych pieniędzy zadziałała. A mi się dziś przypomniało, ze mam zrobić prezentacje o Sienkiewiczu na Narodowe Czytanie Sienkiewicza...
Sezon arbuzowy w pełni i dlatego korzystam z dobrodziejstw tego owocu.

 Smoothie arbuzowe - arbuz pokroić na kawałki (bez skóry), "wydłubać" pestki (praca katorżnicza), zmiksować.


  

 Wczoraj pojechałam z Moją Mamą do Mikołowa, załatwić sprawy z ubezpieczeniem. Uwielbiam siedzieć na rynku i patrzeć w stronę fontann (po lewej stronie zdjęcia, małe, ale co jakiś czas ma miejsce widowisko: woda i muzyka.... cudne doznania)Patrząc w głąb uliczki odchodzącej z rynku ma się wrażenie, ze tam dalej jest molo i morze...
Jeszcze tylko tydzień wolnego....

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Do trawy na łąkach....

Co roku, pod koniec sierpnia, przypomina mi się ta piosenka. Gdy byłam w V klasie, Zdzisława Sośnicka wyśpiewała ją w Opolu, lata świetlne temu, ale wpadająca w ucho i stale aktualna.
Dlatego dziś pod kontem zbliżającego się końca wakacji.
Tu jeszcze jedzeniowe zdjęcia. Smoothie detoksujące wg Caffe Mała: kiwi, ananas, mango, banan. Wygląda niczym przetarty Shrek, ale jest smaczne.


A poniżej surówka z czerwonej kapusty. Jest ona twardsza niż biała, dlatego ja najpierw zasalam ja i po jakimś czasie odlewam "wodę", później dodaję pieprzu, majeranku, trochę cukru, soku z cytryny i opcjonalnie:
 - jogurt wymieszany z przeciśniętym ząbkiem czosnku(wersja light)
 - majonez (łyżka stołowa), może być tez z czosnkiem
Później znowu musi to poleżeć, aby się "przegryzło".


Robię ja zamiennie z surówka z marchewki, bo nie lubię jak na talerzu jest wszystko żółte (ziemniaki, mięso, dodatek).

I w ten sposób prawie zakończyłam temat jedzeniowy. Prawie, ponieważ następne zdjęcia wiążą się przyrodniczo - jedzeniowo. Ponieważ ostatnie dni sierpnia były deszczowo - słonecznie, a mieszkam przy lesie, zatem Facet juz nie mógł wytrzymać i "poszedł sprawdzić swoje grzybowe miejsca". I oto efekt tej lustracji:

 
Chamsko i bezczelnie w misce...


 malowniczo zaaranżowane w kuchni

Facet uwielbia grzyby w sosie śmietanowym z ziemniakami lub tylko z chlebem. Ja natomiast, jeśli już mam je jeść, to lubię z makaronem na gęsto.

Te które Facet nazbierał to prawdziwki, są twardawe, bardziej dodaję je do dekoracji, podkreślenia szlachetności smaku. W potrawach bardziej lubię podgrzybki. Prawdziwki to jeszcze w occie do wódeczki....
Natomiast grzyby w śmietanie robię następująco:
- grzyby oczyszczam, płuczę w zimnej wodzie, kroję na kawałki, nie siekam, tylko robię takie większe (np kapelusz o średnicy ok. 4cm kroję na 4 części)
- grzyby odgotowuję w wodzie - gotują się specyficznie, bo długo długo nic, a potem nagle robi się piana, która szybko ucieka z garnka i trzeba myć kuchenkę... Gotuję je do pierwszego "gotowania", nie pozwalam, aby się "przewracały. Potem zlewam je na sito. Niestety, cała woda jest stracona.
- na łyżce masła podsmażam cebulkę - najlepsza dymka, ale może być taki wyrośnięty szczypior, dodaję do tego odgotowane grzyby
- dodaje sól (dość dużo, bo grzyby lubią "pić" sól), majeranek, ziele angielskie ok.4 ziaren, liść laurowy, pieprz
- duszę na średnim ogniu, dodając w międzyczasie białego wina (ok. 3-4 łyżki), może być półwytrawne, ja dziś dałam słodkie i też było dobre, byle nie za ciężkie to wino
- gdy grzyby są średniomiękkie, dodaję łyżkę śmietany i mieszam wszystko razem, później jeszcze chwile podduszam na wolnym ogniu, aby śmietana się nie zwarzyła.
I teraz: można dodać do makaronu i wymieszać, dodając utarty ser, albo polać ugotowany makaron. Najlepszy makaron to szerokie wstążki, nie miałam takiego i u mnie jest wersja z kokardkami.




Te dwa nagie miecze to nie spóźnione poselstwo krzyżackie do króla Jagiełły. Bo też i miecze mizerne a i toporek i gliniaki nie na miejscu. To zapowiedź wczorajszego popołudnia na XV Jarmarku Średniowiecznym na zamku w Chudowie. Byliśmy na nim dwa lata wcześniej i był bardzie zorganizowany "na bogato". Można było wykonać kartkę papieru czerpanego, uczyć się pisma gotyckiego, próbować wykuć coś w kuźni. więcej było tez bractw rycerskich i kramów. Podobała mi się szczególnie jedna suknia, i już byłam gotowa ją zakupić, ale w porę przypomniałam sobie, ze po pierwsze primo - nie miałabym jej gdzie założyciel, a po drugie primo - nie chodzę w sukienkach/spódnicach. Dodatkowo ciżmy, sakwy, paski, zausznice...
Wczoraj tylko rozbity był obóz rycerski, tzn obóz się zwijał, bo brać rycerska musiała wrócić do rzeczywistości XXI wieku. Ale miałam możliwość zrobienia im paru zdjęć.
 
 Woje rozprawiający ze sobą i białogłowa, której to postawa wyraża: Długo tu jeszcze będziecie mleć ozorami? Jadło stygnie!"


 posłuszny woj udaje się na posiłek

  a tu już przy wspólnym stole

 Dwie białogłowy. Zapewne już zamężne. I pomyśleć, ze gdybym urodziła się 1000 lat wcześniej też nosiłabym takie odzienie. I kowalówną byłabym, ze względu na profesję Mojego Ojca.


Polaków rozmowy przy ognisku. Mężczyźni siedzą, a kobiety uwijają się.. Ot patriarchat.
 Ale najpiękniejsze zdjęcie udało mi się zrobić z ukrycia....

Widocznie już średniowieczni rycerze uznali, ze jednak wyroby ze Svealandu są najlepsze do umeblowania namiotów i zamków...

Natomiast z drugiej strony ruin zamku rozlokowali się bartnicy..

 Tu bartnik trzyma dłoń śmiałka i głaszczą rój pszczół.  Nie podjęłam się tego ryzyka - za bardzo cierpię po użądleniu pszczoły.

Ul, ale już w wersji "na bogato"

Natomiast my, poszliśmy na podgrodzie, gdzie znaleźliśmy uciechy dla ciała. 
Najlepsze jedzenie na świecie - chleb ze swojskiego wypieku ze smalcem i do tego ogórek małosolny, aaa..i kiełbasa z rusztu. I piwo z sokiem, ale to już nie dla mnie, tylko do ślubnego.

Jak mało potrzeba człowiekowi do szczęścia.....

czwartek, 14 sierpnia 2014

Czyżby już rok?

Chyba już mija rok, gdy zaczęłam pisać tego bloga. Dziś znowu wpis bezzdjeciowy.
Facet ma urlop, dlatego zrobiłam listę Niezbędnych Prac w Domu do Wykonania. machnął je oczywiście w jeden dzień, dziwiąc sie, o co robię tyle rabanu. No robię, robię, bo nałożenie rozet w bateriach łazienkowych trwało 3 lata. Ważna rzeczą, o którą wierciłam mu dziurę w brzuchu, to nasz przedpokój.
Od momentu, w którym  Futrzak Rudy odkrył, że framugi świetnie nadają sie do wspinaczek i pokazywania : "Zobacz, jakim jestem zwinnym kotkiem ( ten moment, gdy zleciałem na twarz, skacząc z pianina na szafę nie uznajemy)", dręczyła mnie myśl co zrobić ze ścianami w przedpokoju, kuchni, pokojach... Odciśnięte łapki kocie (bo to przecież taka fajna zabawa, zrobić rozbieg a potem susem na ścianę, odbicie się, zmiana położenia ciała, zeskok i powrót cwałem na balkon.... doprawdy - te człowieku to nie rozumieją, że kot pokojowy też musi dbać o zwinność). Zamalowywanie można było porównać do syzyfowej pracy. Pomyśły miałam rózne: a to powrót do boazerii, ale pomalowanej na biało, a to do paneli (białych), a to panele podłogowe (też jasne). I w końcu nasz konserwator w pracy podsunął mi prosty pomysł: " No przeciez Pani maż jest budowlańcem..nie lepiej tynk dać żywiczny albo akrylowy?" Proste? Proste.
Zabrał się do pracy w poniedziałek i voila...przedpokój gotowy.



A druga rzecz - wczoraj byłam z Moją Kopia w kinie i wracając wstąpiłyśmy do mojej koleżanki/przyjaciółki ze studiów. Data tez nie była przypadkowa - jej urodziny. Cudnie odnowić znajomości. Tym bardziej - nasze dzieci ostatni raz się widziały, gdy miały ok 3/4 lat..teraz maja 19/18 szok jaki przeżyli (Moja Kopia i syn przyjaciółki) był zabawny. Nagadałyśmy się za wszystkie czasy a i tak musimy powtórzy spotkanie.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Dorosłość

Moim wychowankom zawsze mówię, ze dorosłość polega na tym, ze wie się, kiedy skończyć.... I tu robię wymowną pauzę. Moja Kopia chyba tez wzięła to sobie do serca. Rozpoczęła pracę w Aniołach. Po dwóch dniach potrafi gałkować lody, spieniać mleko, zrobiła nawet espresso szefowi, bo w ten sposób się uczy. Nic nie powiedział, ale też nie wypluł, znaczy jest dobrze. Dziś ma drugą zmianę, jestem ciekawa, co dzis powie o dniu w pracy. Ech...nieuchronnie idzie ku dorosłości.
Dawajcie napiwki młodym ludziom w kawiarniach!

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Jabłka....

Dziś tak politycznie.... Z racji podróży Szlakiem Jabłkowym zachęcam do jedzenia jabłek. Miałam możliwość konfrontowania cen na miejscu (śliwki kupiłam za 1 złotych za kilogram, u mnie ok 3-4 złotych). Ja wiem: trzeba je zebrać, dowieźć itd. Ale do tego co już jest, dojdzie zakaz wysyłania owoców za wschodnia granicę. Z przeglądanych artykułów dostrzegłam, ze wiele znanych osób uczestniczy w tejże akcji. A ponieważ w tym wypadku czuje się patriotką, zachęcam również do jedzenia jabłek.

logo pochodzi ze strony: http://tsw.targi.pl/blog/2014/05/30/konferencja-polskie-jablka-na-globalnym-rynku-2/


czwartek, 31 lipca 2014

Ostatni dzień w Barce..a nie, w Sandomierzu....

Środa. Pogodny dzień. Dla nas ostatni dzień na ul. Tatarskiej 3 i w Sandomierzu. Spokojnie spakowałyśmy się i jeszcze raz poszłyśmy na Starówkę. Naszym celem była przede wszystkim Cafe Mała z jej cudowną atmosferą i kawami, napojami, smothie i naleśnikami, którymi raczy swoich wielbicieli (uwierzcie, po pierwszej wizycie staniecie się jej wielbicielami).
We wtorek, po zwiedzeniu Domu Długosza poszłyśmy tam na kawę, tzn. lette frappe miętowe wypiła Moja Kopia, a ja zamówiłam smoothie detox. To była już kolejna nasza wizyta, wiec zaczynałyśmy pogrymaszanie, czyli wybieranie czegoś innego. Stojąc przy ladzie, po drugiej stronie, zobaczyłyśmy..ksieżniczkę, Hanię, która w samych majteczkach (koszulka się suszyła), zmywała naczynia.

 księżniczka Hania
nie zmywała jednak spokojnie, tylko prowadziła ożywioną konwersacje. Tak, nie rozmowę, a konwersację. Odpowiadała pełnymi zdaniami wielokrotnie złożonymi. tłumaczyła spokojnie, ze musi tutaj zmywać, bo nie poradzą sobie z taka ilością brudnych naczyń.
My zamówiłyśmy swoje napoje i wyszłyśmy przed Cafe, aby złożyć zwłoki na krzesłach ustawionych na chodniku. Jakież było nasze radosne zdziwienie, gdy po chwili pojawiła się Hania ze zmiotką i szufelką. Jej praca przeniosła się przed Cafe. Oto zdjęcia relacjonujące:




 A sama Cefe Mała....  jest cudownym miejscem w Sandomierzu, z lekka nutą nowoczesności ( intensywna barwa ścian i mebli, wykorzystanie dekoracji plakatowo - komiksowej - coś jak pop art).

 
 wnetrze Cafe Mała w zdecydowanych kolorach

Cudowne dziewczyny, które serwują rewelacyjna cappuccino. Cóż w nim rewelacyjnego? No właśnie to, zer nie miało pianki, ale same było pianką - lekka przenikająca smakiem kawy i spienionego mleka. I smak kawy nie był ciężki, mocny, wyrazisto - kwaskowy lub goryczkowy, ale lekki niczym pianka, puch. Takie właśnie poranne obudzenie się. I cena też przystępna, ok 6-9 złotych (nie pamiętam dokładnie)

 Natomiast Moja Kopia, jako że jeszcze nie jest uzalezniona od ziarnistego napoju, zamawiała latte.W ofercie występowało latte fiołkowe, ale dziewczyny namówiły ją na latte o smaku gumy balonowej. Dała mi "załyczyć" - ja, która uwaza, ze kawy cukrem a miłosci małzenstwem nie należy niszczyć. natomiast to balonowe latte... najpierw wspomnienie dziecinstwa i smak najlepszej balonówki jaka była (Donald, miała w srodku obrazki) a póxniej łagodne rpzechodzenie w smak kawy, która absolutnie nie jest mocna.
Tak wiem, latte z definicji jest słabsze, ale chyba nie byłyscie w tych kawiarniach, w których ja byłam....

 

 Moja Kopia przed Cafe Mała - torba na ramieniu to oczywiscie zakup w Sandomierzu, łamała się nad tą torbą, jak Cygan na zegarek

Kobiety lubią diamenty...parafrazując słowa filmu. Ziemia sandomierska natomiast ma "swoje" diamenty. To krzemienie pasiaste, występujące tylko tutaj. Na ulicy zamkowej, naprzeciwko pracowni Cezarego Łutowicza, propagatora tego minerału, znajduje się "pomnik" krzemienia. Duży minerał, oszlifowany, wkomponowany w metal. Taki..pierścień dla gigantów. Dotknięcie krzemienia, trzymanie go, posiadanie ozdób z tymże minerałem, podobno gwarantuje szczęście. Nie omieszkałyśmy go głaskać przez kilka chwil (zakupiłam też gustowny wisior krzemieniowy)


I ostatnie miejsce, które zobaczyłyśmy, to Ucho Igielne, dawna furta dominikańska. I jakoś mi się skojarzyło: "Pierwej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz dostanie się do Królestwa Niebieskiego". Ironia losu?

 

 My z Kopią nie jesteśmy wielbłądami, ale przez ucho przeszłyśmy....

A potem już wracałyśmy do domu.....



  Zdjęcia z trasy, robione przez Moja Kopię.

Sandomierz jest reklamowany, przyznaję, ale reklama jest jak najbardziej na miejscu. W ogóle: Ziemia Kielecka, Sandomierska, a zapewne i Lubelska są nieodkryte dla polskich turystów. Zapewne znają podstawowe zabytki Egiptu, Włoch (jeśli wykupią wycieczki fakultatywne), ale nie potrafią wymienić "cudów" w nas... Pozdrawiam.