A ja sama rozchorowałam się. Nie lubię chorować od niedzieli - przeleżysz ją cała, a wieczorem, gdy wydaje ci się, że czujesz się lepiej, masz wyrzuty sumienia: a może przejdzie do jutra, a po co na L-4... W moim przypadku nie poprawiło się - wręcz przeciwnie. Już przewidywałam u siebie reumatoidalne zapalenia stawów, bo ledwie się ruszałam. Dojechałam do lekarza, i, o cudzie, nie musiałam czekać w kolejce, zostałam przyjęta z marszu ( widać niedziela nie była aż tak imprezowa i skacowanych mało było). Zostałam osłuchana, ostukana i zaaplikowano mi lekarstwa. Oczywiście musiałam dwa razy pytać o dawkowanie. Nie wiem, czy lekarz sadzi, ze też kończyłam medycynę i zapamiętam, które lekarstwo dwa razy a które co godzinę? No i następny paradoks - dostarczenie L-4 do pracy. A jeśli byłabym chora obłożnie, zamówiła wizytę domowa i mieszkałabym sama to co? Rano zwlec się z łóżka i jechać do pracy? Bo przecież trzeba dostarczyć zwolnienie do trzech dni..... Paradoks wymyślony chyba przez sadystów.
Całe szczęście, że w okienku spotkałam panią Bronię, która obiecała dostarczyć moje zwolnienie do pracy.
I tak leże sobie w domu a czas upływa mi na oglądaniu Tv ( a konkretnie wiadomości z Ukrainy), oglądaniu filmów ckliwych i oczywiście- kryminałów skandynawskich oraz na czytaniu.
to właśnie główne moje zajęcie w czasie choroby - brakuje pilota do TV i DVD
Spijam hektolitry herbaty z cytryną i sokiem z płatków dzikiej róży - jak dobrze, ze tak niewolniczo zbierałam ją w lecie.
A na zakończenie Futrzak Rudy - jak zwykle w pozie filmowej
Miłego dnia czytającym, dziękuje za wszystkie komentarze.
















