Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocur niepoprawny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocur niepoprawny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 sierpnia 2014

Czyżby już rok?

Chyba już mija rok, gdy zaczęłam pisać tego bloga. Dziś znowu wpis bezzdjeciowy.
Facet ma urlop, dlatego zrobiłam listę Niezbędnych Prac w Domu do Wykonania. machnął je oczywiście w jeden dzień, dziwiąc sie, o co robię tyle rabanu. No robię, robię, bo nałożenie rozet w bateriach łazienkowych trwało 3 lata. Ważna rzeczą, o którą wierciłam mu dziurę w brzuchu, to nasz przedpokój.
Od momentu, w którym  Futrzak Rudy odkrył, że framugi świetnie nadają sie do wspinaczek i pokazywania : "Zobacz, jakim jestem zwinnym kotkiem ( ten moment, gdy zleciałem na twarz, skacząc z pianina na szafę nie uznajemy)", dręczyła mnie myśl co zrobić ze ścianami w przedpokoju, kuchni, pokojach... Odciśnięte łapki kocie (bo to przecież taka fajna zabawa, zrobić rozbieg a potem susem na ścianę, odbicie się, zmiana położenia ciała, zeskok i powrót cwałem na balkon.... doprawdy - te człowieku to nie rozumieją, że kot pokojowy też musi dbać o zwinność). Zamalowywanie można było porównać do syzyfowej pracy. Pomyśły miałam rózne: a to powrót do boazerii, ale pomalowanej na biało, a to do paneli (białych), a to panele podłogowe (też jasne). I w końcu nasz konserwator w pracy podsunął mi prosty pomysł: " No przeciez Pani maż jest budowlańcem..nie lepiej tynk dać żywiczny albo akrylowy?" Proste? Proste.
Zabrał się do pracy w poniedziałek i voila...przedpokój gotowy.



A druga rzecz - wczoraj byłam z Moją Kopia w kinie i wracając wstąpiłyśmy do mojej koleżanki/przyjaciółki ze studiów. Data tez nie była przypadkowa - jej urodziny. Cudnie odnowić znajomości. Tym bardziej - nasze dzieci ostatni raz się widziały, gdy miały ok 3/4 lat..teraz maja 19/18 szok jaki przeżyli (Moja Kopia i syn przyjaciółki) był zabawny. Nagadałyśmy się za wszystkie czasy a i tak musimy powtórzy spotkanie.

sobota, 12 lipca 2014

Wakacje, wolne....

Już drugi tydzień wakacji zbliża się ku końcowi. Jak dla mnie był to pracowity czas.
Najpierw zakończenie roku szkolnego. Ponieważ miałam od marca wychowanków, wiec pożegnanie miało specyficzny charakter. Pierwszy raz wzruszyłam się, ale tez pierwszy raz w taki sposób pożegnano mnie. Nie powiem - było to baaardzo miłe. A jeśli czytają mojego bloga to chcę wam powiedzieć, że byliście wariaci, ale sympatyczni wariaci.

 tu dziewczyny z mojej i równoległej klasy, ostatnie dni nauki.

A tu Kocur Rudy...właśnie przestał obgryzać kwiaty

W zeszły poniedziałek podsumowanie szkolenia e-learning i uzyskanie uprawnień z ECDL. a 4-6 lipca ponowny wyjazd do Warszawy na szkolenie. Tym razem pamiętałam o zrobieniu zdjęcia PKiN


Zdjęcie robione telefonem, dlatego jakość jest jaka jest. Widok PKiN od strony hotelu Marriott

Szkolenie miałyśmy na Miedzeszynie. Hotel dość przyjemny, choć we wcześniejszym jakoś lepiej nam się mieszkało. Teraz tylko czekać na przydzielenie grupy i zaczynam pracę jako mentor.Dam radę .... muszę.
We wtorek spotkałam się z moimi dziewczynami - zdały mi relacje, kto się gdzie dostał do szkoły, kto się przenosił. Takie tam, babskie ploteczki. Przy okazji byłyśmy w rosarium założonym obok Szkoły Ponadgimnazjalnej. Wrażenie niezapomniane, zapach odurzający, potęgowany jeszcze przez wysoką temperaturę.
To rosarium obok szkoły (Dodałabym zdjęcie dziewczyn, ale nie wiem, czy wyrażają zgodę). 

A później codziennie coś. Dziś ukoronowanie wyjazdów - oczywiście Ogrody Kapias, ale przy okazji również Pszczyna i Zagroda Pokazowa żubrów. O ogrodach pisałam juz tyle, ze musiałabym się powtórzyć. Zatem dziś tylko fotoreportaż.

 Część handlowa - wybieramy róże.


 Jej Wysokość Róża w odsłonach


 Liliowce, cudne kwiaty, które dobrze rosną w półcieniu.


Kwiatek, jak kwiatek, ale pszczoła jest uwieczniona.








 I znowu Jej Wysokość Róża

 Labirynt z tui. Dobrze, ze nie jestem niska.



Lilie trąbkowe. Cudnie , wyglądają, obłędnie pachną.
I sama nie wiem, która bardziej dostojna - róża czy lilia?


Moja Kopia odpoczywa.... tzn prezentuje się do zdjęcia.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Pszczynie. Facet nie był nigdy w Zagrodzie a i my (Moja Kopia, Moja Mama i ja byłyśmy tam ostatnio chyba z 5 lat temu).  Obiekt mieści się przy ul. Żorskiej. Nie sposób jej przegapić, bo przed brama główną znajduje się rzeźba żubra, parking a za nim pole golfowe ( nie wiem, kto lubi ten sport - jedno uderzenie piłeczki, a później kilkaset metrów do przejścia...). Do samej zagrody trzeba przejść kawałek (ok 100 metrów) deptakiem.
Sama zagroda jest dość ciekawie zorganizowana. "Człowieki" chodzę po planie okręgu do którego dotykają wybiegi zwierząt. oczywiście - zwierzyna płowa, ptactwo i...gryzonie. Szczególnie cudne trzy małej jeżyki, z których jeden dziabnął mnie w palec. Sądził widocznie, że to piękny robal, którego można zjeść.  


 Mały jeżyk, zdjęcie na dużym zbliżeniu, bo oczka siatki były wielkości ok 1cm.

W środku koła stoi drewniany budynek w którego wnętrzach ma się okazje zobaczyć wypchane zwierzęta w zainscenizowanych ich naturalnych warunkach. Jedno z pomieszczeń to izba leśniczego. Jest fantastyczna, szczególnie duży żeliwny piec, w którym umieszczono urządzenie imitujące odgłos buzującego ognia. Wspomnienia.... bo Moja Kopia wychowana już na kuchenkach gazowych. oczywiście skóry zwierząt, wypchane zwierzęta. Jak to w leśniczówce. Mnie natomiast zainteresowała plansza, która orientacyjnie pokazywała, o której godzinie który ptak rozpoczyna swoje trele. Pierwsze słyszymy ok 3 nad ranem (to znaczy ja je słyszałam, bo często się budziłam o tej porze). Dla zainteresowanych podaję link do strony Wikipedii. Lubię śpiew drozdów, ale nie o 3 nad ranem
Na zewnątrz są ławki, można usiać i obserwować zwierzęta. Tym bardziej, ze o 14 jest pora karmienia żubrów i można obserwować te olbrzymie zwierzęta.
Spaceruj ac i obserwując żubry przypomniałyśmy z Moją Mamą, jak to Mój Tato spotkał się pewnego dnia z takim Panem Żubrem w lesie. Z hodowli w Jankowicach uciekło kilka sztuk i chodziły po okolicznych lasach. Gdy Mój Tato opowiadał nam te historie, płakałyśmy ze śmiechu, bo oczywiście wyolbrzymiał pewne rzeczy. Jednak teraz, gdy miałyśmy możliwość porównania wielkości.tego zwierzęcia, stwierdziłyśmy, że jednak jest on ogromny.




Tu małe żubry z dorosłymi. Cudnie wyglądają, jak to maluchy. Takie jeszcze nieporadne, niepotrafiące kontrolować swoich kopytek.


 Wybieg saren i ciekawostka - sarna albinos.

 
 Wybieg saren, gdzie sorki (panowie sarny) razem z sarnami i maluchami odpoczywają. Małe dzieci, które były w zagrodzie na wszystkie "maluchy" wołały - Bambi


Tu piękny sorek, który podchodził do nas, pozwalał się pogłaskać, dotykał mokrym nosem

 


 

Czyż nie Bambi?


Gatunek gęsi, podobno "łabędziowych". Nie doczytałam informacji.

 Łanie odpoczywają z młodymi

 Łania, która podchodziła do widzów

W oddali stado -  szkoda, ze zdjęcia robiłam telefonem, byłoby widoczne piekne poroże jeleni. Nie mam też zdjęcia, które oddawałoby lekkość biegu jeleni



 Paw - jeden na wybiegu, drugi w wolierze. Dlatego zachował tak piękny ogon



I na zakończenie małe króliczki, towarzysze trzech małych jeżyków.

Po zwiedzaniu można odpocząć przy kawie, bo i takie jest tam miejsce. Siedzieliśmy sobie i nie chciało nam się wracać.  Mieliśmy wrażenie, ze to niedziela, a nie sobota.
Jeśli ktoś zauważył - zdjęcia nie maja ramkę a i nie wszystkie są podpisane. Nie miałam jedna sił, aby wszystkie je obrabiać, bo znowu nie uzupełniłabym notatek na blogu.
Wśród czytelników pojawił się ktoś ze Szwajcarii - witam serdecznie, zapraszam do stałej lektury.

Wybieramy się tez do Sandomierza i na poczciwą Czantorię. Nie..nie zamierzam zdobywać szczytów. Wyjedziemy sobie kolejka linową na szczyt, przejdziemy do schroniska polskiego, a później spacerkiem do schroniska czeskiego. Ot takie przejście szlakiem.

W poprzednim wpisie wspominałam o wypowiedzeniu i nieciekawej sytuacji...
Otóż: zawsze stosuje filozofię Scarlett O'Hary - "Pomyślę o tym jutro". To najlepsza filozofia. Byłam na rozmowie i od września mam dodatkowe klasy. Niewiele lekcji, ale zawsze coś. I tym optymistycznym akcentem konczę zapisy dnia dzisiejszego. Miłego wieczoru czytającym





czwartek, 24 kwietnia 2014

Coraz blizej maj

Dziś wreszcie mogłam zrobić zdjęcie, do którego przymierzałam się dość długo.  Drogę, która biegnie obok mnie, fotografowałam w pierwszych ciepłych dniach (chyba w lutym). teraz prezentuje się tak.


 
  
Chyba jest różnica w wyglądzie.
I to co pisałam już wcześniej - ta zieleń, które jeszcze nie jest w pełni rozwinięta, ale już widoczna.
Siedziałam dziś na egzaminach gimnazjalnych, gimnazjum mieści się w dawnych budynkach pałacyku. Pięknie to wygląda, ale gdy siedzi się tam najpierw półtorej godziny, a później dwie to zaczyna być zimno (ten nieśmiertelny sezon grzewczy, który trzyma się sztywno dat kalendarzowych). Dla ogrzania się posiedziałam na dworze. Skutki tego ogrzewania się w słońcu prezentuje poniżej:

 Konwalie pierwsze o upajającym zapachu, czyż nie są piękne w swojej prostocie?
 Tulipany jakieś, kolorowe, papuzie..

 Kiedyś tutaj była ścieżka, która często wchodziłam do lasu i bawiłam się w rożne zabawy, podpowiadane przez moja wyobraźnię. Bawiłam się z koleżanka, pozdrawiam, Małgosia...mieszkasz teraz gdzieś w Arizonie..
W głębi obecnie jest szkółka leśna i teren ogrodzony. Gdy miałyśmy 12-14 lat zaczynał się gęsty las...


 A tu już modrzew i leszczyna. Kto obserwował jak zmienia się ich "owłosienie"?


Niezapominajki (niezabudki wg mojej Babci), które to" rosną and potoczkiem, patrzą modrym oczkiem..." Piosenka, którą śpiewałam w dzieciństwie z Babcią.


Pyskująca sikora?/inny ptak. Sikory mają gniazdo w starej lampie i bladym świtem zaczynają swoje świergolenia. A Futrzak Rudy drapie w rolety, bo: "No muszę je zobaczyć, co one znowu tam robię?"
Podobno miłość do naszych braci mniejszych świadczy o człowieczeństwie?

A na zakończenie zdjęcie ulubionego dania Mojej Kopii - chilli con carne. Przepisów pełno w internecie, wiec nie podaję tutaj. Lubie to danie, bo samo się robi, szybko i zapycha się nim. Można jeść z ryżem, albo bez, na ciepło i na zimno. Tutaj na deserowym talerzu.


Nie zapomniałam o robótkach włóczkowych, jestem w trakcie dziergania swetra, ale pokażę, gdy będzie gotowy. Mam też teraz mniej czasu .
Miłego wieczoru czytającym.

niedziela, 30 marca 2014

Niedziela słoneczna.

Wiosna powoduje, ze człowiek ma chęć do życia. Chce mu się działać, zmieniać, przewracać wszystko do góry nogami. Obserwując dziś ludzi doszłam do wniosku, że promienie słoneczne powinny być wpisane na listę dopalaczy. Nie wiem, czy tych "dobrych", ale dopalacz to jak nic. Nie będę udawała tez, ze i ja z nich nie korzystałam, gdy tylko była okazja siadałam na ławeczce i wystawiałam twarz do słońca. Bo ja, moje drogie czytelniczki ( i czytelnicy - równouprawnienie przecież jest), byłam dziś w Ogrodach Kapias i nad zalewem Goczałkowice. Okazja była nie byle jaka, bo Moja Kopia w dniu dzisiejszym, o godzinie 4.55 wkroczyła w dorosłe życie. I w ramach tego dnia pojechaliśmy do Ogrodów.
Wyjechaliśmy rano, aby najpierw być nad Zalewem. Pogoda cudna, rano był lekki przymrozek, ale szybko temperatura pięła się w górę. Spacerowaliśmy zaporą, zaglądaliśmy na tamy ( tzn zaglądała moja rodzina, bo ja panicznie się boję wysokości i na dodatek nerwica mi się wtedy przyplątuje: spadnie mi aparat, okulary słoneczne, sama wpadnę itp.) Cudownie prezentowała się panorama zalewu, gdy woda zlewała się z niebem

To właśnie panorama. Moja Kopia sama weszła w kadr.

Wiosna mimo wszystko się nie spieszy, oszczędnie pojawia się, abyśmy nie doznali przesytu i zachłyśnięcia się jej urokiem , dlatego drzewa jeszcze niezazielenione.

brzeg Zalewu, jeszcze z brzozami bez liści

 A tu ja, uchwycona przez telefon komórkowy.

Swoja drogą ta zapora to wspaniałe miejsce na bieganie, maszerowanie i rolki. Stale ktoś nas mijał z tym sprzętem i obowiązkowa butelką wody mineralnej. Chyba bardziej dla lansu, bo przecież to tak światowo.
My natomiast szliśmy sobie spacerkiem, bez butelek wody, w kurtkach.

Później pojechaliśmy już do ogrodów - tam mieliśmy zarezerwowany stolik na obiad, a następnie i deser. Dziewczyny - kelnerki biegały niczym małe pszczółki: zwiedzających, klientów było dużo i trochę czekaliśmy. Ale nie robiliśmy o to rabanu. My nie, ale inni tak. Jakby oślepiono ich i nie widzieli, ze dziewczyny naprawdę były zagonione, biegały na dwie sale i ogród. Jednak pogoda była wspaniała, dzień wolny, wiec po cóż się spieszyć. A tak narzekają na życie w Polsce: że to niby warczymy na siebie, nie mamy odrobiny empatii. Ale poza czubek własnego nosa nie potrafimy spojrzeć, tylko ja, ja i ja.
Ale dość już narzekania/prowadzenia refleksji. Podczas deseru daliśmy Dorosłej prezent - pierścionek złoty, który ja dostałam, gdy ją urodziłam. Lekko była zmieszana, co w jej wypadku oznacza - wzruszona.
Po deserze poszliśmy do ogrodów (jakbyśmy w nich nigdy nie byli...), ale tez nie zapomnieliśmy o sklepie, w którym to poczyniliśmy małe zakupy ogrodnicze.


 Sasanki na skarpie. U nas w ogródku też są, ale nie w takiej ilości.

 Kwitnące drzewo - nie doczytałam jak ma na imię.
Moja Kopia ponownie


A tu Mała Księżniczka. Zachwyciła nas ta dziewczynka, jej Babcia pozwoliła na zdjęcie. Czy wszyscy dostrzegają diadem księżniczki i korale? (jeszcze był pierścionek na palcu).

 Kwitnące drzewko wiśni w wiejskim ogrodzie
 I znowu drzewo, które nie chciało mi się przedstawić.
A tu żonkile z różowożółtymi "trąbkami"
 W sklepie, przeszkadzajki, dyndadełka.
A tu oryginalne oświetlenie w drugiej sali - foyer.

Czekam na obiad, obserwuje ludzi spacerujących na zewnątrz

Białe anturium, które dostałam.

Dzień minął przyjemnie, inaczej, niż bylibyśmy w domu i tu zjedli urodzinowy obiad. Już nie wspomnę, ze goniłabym jak kot z pęcherzem, aby wszystko poszło jak należy.
Dawno nie było zdjęcia Futrzaka Niegrzecznego. Dziś w ramach leniuchowania wiosennego, przewracał się z boku na bok:

I tak już na zakończenie: doszłam do wniosku, ze muszę iść do biblioteki. A wcześniej zrobić listę książek, które powinnam przeczytać. Kiedyś tam w liceum, później na studiach czytałam z obowiązku, na zasadzie trzech Z - zakuć zdać i zapomnieć. A tu i klasyka literatury i współczesne utwory... No trudno, szprecham po rosyjsku, rozumiem co do mnie mówią po angielsku ( piąte przez dziesiąte, ale jednak). to przynajmniej uzupełnię literaturę. Zatem - moje kochane czytelniczki - proszę o tworzenie listy obowiązkowej literatury i literatury uzupełniającej.
 A jak na razie powtórzę sobie zapiski Jerzego Stuhra "Tak sobie myślę". Jednocześnie powinnam skończyć sweter biały lub zacząć obmyślać projekty wiosenno - letnie.

Takie równoczesne dzierganie i czytanie chyba też ma w internecie jakąś swoja akcje? Wspólne czytanie i dzierganie. Właśnie znalazłam pomysłodawczynie.
A co przeczytałam w tym roku dziergając?: serię Asy Larsson (4 książki), Trzy po trzy E. Karewicza. Nie wspominam już o książkach, które czytałam po raz któryś.
Rozpisałam się dziś, choć i tak wolę pisanie odręczne. Miłego wieczoru/dnia czytającym